wtorek, 12 lipca 2016

Najlepszy wypadek to zupełny przypadek.



Rześka pogoda to jedna z największych zalet naszego podróżowania po północnym wybrzeżu Hiszpanii. Poranki nie są męczące, cieszy każda chwila spędzona na powietrzu, a skóra na palcach nie zamienia się w poparzoną śliwkę. Ślepo wierzymy, że wczesna godzina gwarantuje nam niesamowite widoki: piękne sklepienia wyrzeźbione w kamieniu przez ocean, jaskinie, tunele. Gdy podchodzimy do barierki to woda wciąż jest tak wysoko jak poprzedniego dnia, a wydaje się, że nawet wyżej. Wyżej o jedno rozczarowanie.

wtorek, 24 listopada 2015

Raz człowiek chciał w podróży połączyć się z absolutem.




Śniadanie idziemy zjeść nad brzegiem oceanu i pomoczyć nogi w wodzie. Wspinamy się po ścieżce, gdzie ktoś stworzył coś na wzór punktu widokowego. Znajdujemy nawet przed wyjazdem czas, żeby trochę poleżeć na piasku. Jednak zegarek jest bezlitosny, a my chcemy cały czas być w drodze, w drodze i czuć spaliny, kurzyć się, wdychać brudne powietrze i sprawdzać na mapie, czy ta droga istnieje, gdzie nas zaprowadzi. Poprzedniego dnia zawędrowaliśmy spory kawałek od autostrady, z której będziemy startować. Całe szczęście jedyne auto, które przejeżdża przez to odludzie zatrzymuje się i podwozi nas prawie pod samą bramę wejściową na stację. Z benzynowej zabiera nas para Portugalczyków, którzy właśnie wracają z urlopu w Górach Kastylijskich (Marcin, popraw mnie, jeżeli się mylę!). Opowiadają o swojej ekstremalnej wyprawie, gdzie jeden odcinek pokonywali wspinając się po pionowej ścianie lodu. Nie ciągnie mnie do takich rzeczy, bo nie ciągnie mnie do miejsc, w których jest zimno i mroźno, nie można sobie przycupnąć i posiedzieć, pomarzyć, tylko trzeba iść, żeby organizm cały czas wiedział, że trzeba grzać. Nie wyobrażam sobie siebie w takiej okolicy. Chociaż z drugiej strony dużo ostatnio czytam o pieszych szlakach i marzy mi się przejście Camino de Santiago, a skoro pojawił się już taki progres, możliwe, że i Himalaje kiedyś mi się zapragną. A ich opowieść zachęca do podejmowania wyzwań i zmaganiu się z samym sobą!

wtorek, 17 listopada 2015

Wzdłuż Zatoki Baskijskiej, cały czas prosto.

Proces sporządzania notatek


Jestem bardzo nieporadna i niegramotna, jeżeli chodzi o przechodzenie przez płoty, skoki w dal, wzwyż, opieranie nóg na siatce, odbijanie się od ściany, wszelkie formy parkuru, plankingu. Gdybym kiedyś miała uciekać przed policją, a mam w głowie taką wizję, że dzieje się to zupełnie jak na amerykańskim filmie: trafiam w ślepy zaułek i muszę wspiąć się na kontener, później przeturlać po skoku z 5 metrów, szybko wspiąć się ponownie, tym razem po drabinie, na dach budynku, skąd będę skakać z balkonu na balkon, to najpewniej położyłabym się na ziemi i udawała martwą. Zresztą to zawsze mój plan B. 

poniedziałek, 5 października 2015

Gdzie w Łodzi na piwo?



Jedną z nieodłącznych, a zarazem moich ulubionych części podróżowania, jest picie lokalnych piw. Nie jestem, co prawda, smakoszem, który krzyczy "Wszystko, tylko nie IPA!" albo wypowiada zdania w rodzaju "Ten Stout ma bardzo ciekawą nutę słodyczy", ale lubię napić się chmielu, który przyjemnie rozpływa się na języku i działa na parę kubków smakowych jednocześnie. Kiedyś nie zwracałam większej uwagi na to, jak smakuje piwo, bo wydawało mi się, że tak ma smakować. Pogodziłam się z tym, że Żywiec przelatuje przez gardło i zostawia posmak goryczki; że butelka Heinekena po otwarciu pachnie marihuaną (efekt trzymania płynu w zielonym szkle), że do wyboru mam sok malinowy i imbirowy, jeżeli chcę się poczuć jak kobitka, a poza tym mogę wbić słomkę w pianę, która jest półprzezroczysta i znika po parunastu sekundach, nie dając nawet szansy na - jakże zabawną - imitację wąsa.

Pamiętam, że pierwszym "innym" piwem, którego zakupu regularnie dokonywałam 7 lat temu, była Fortuna Miodowa. Żaden wielki przełom, ale już wyczuwalna różnica! Piwo dostępne tylko w wybranych sklepach monopolowych, a zdarzało się, że zabrakło go na półce. Później, na rynku, zaczęło pojawiać się coraz więcej piw regionalnych, piw smakowych, piw importowanych. Razem z modą na dobre jakościowo jedzenie, pojawiła się moda na dobre piwo, tworzone przez ludzi z pasją. Takich też piw staram się szukać podczas podróży. Nie zawsze się udaje, ale jeżeli się nie udaje, to w Łodzi jest parę miejsc, które mają bogatą ofertę piw z różnych części Europy, i nie tylko. Oto lokale, które według mnie, prezentują wysoki poziom, a przede wszystkim są prowadzone przez miłośników złotego płynu.

czwartek, 1 października 2015

Reino de España, tłum. "zabraknie życia, żeby wszystko zobaczyć".

Są miejsca, w których nie ma wygód, nie płacisz za nie i są dużo lepsze niż hotele. To jedno z nich.


Jedyny cel, jaki nam pozostał to Portugalia i Gibraltar. Miejsca, które odwiedzimy po drodze, są wielką niewiadomą. Całkiem ekscytujące. Gdzie nas wysadzą – będzie świetnie. Zakładamy, że skoro ktoś zaznacza punkt na naszej mapie, to znaczy, że jest warty zobaczenia. Później okaże się, że właśnie to nas zgubiło. Nie robi się takich rzeczy w Hiszpanii. Mieszkańcy tego Królestwa są wyjątkowo dumni – każdy ze swojego regionu, a dodatkowo z paru miejsc, które są wspólne. Co 5-10 kilometrów jest jakieś miejsce must see i widok must have. Teraz proponuję wziąć (nie, nie przypomnieć sobie, ale wziąć) mapę i przyjrzeć się, jaki to państwo ma kilometraż. Nie sposób zrobić tego w półtora tygodnia, nie sposób zrobić tego w miesiąc. W ten sposób mamy notes zapisany nazwami miejscowości, głowę pełną skrawków opowieści o pięknych plażach, dziedzictwach narodowych, cudach natury, kolorowych i leniwych miastach z girlandami kwiatów na ulicach, domach artystów, które każdy, kto próbuje zrozumieć historię gorącego temperamentu powinien znać, widzieć, dotknąć, zasmakować. Można też przeczytać „Komu bije dzwon” Hemingwaya, ale mimo tego, że wybitne to słowo i w swoim minimalizmie brutalnie obrazowe, to przecież poznanie a priori nie zastąpi empirii. Choć, Hemingwayowska rzecz jest o hiszpańskiej wojnie domowej, a o poznaniu tego od środka nikt chyba nie marzy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...