niedziela, 15 marca 2015

Neon z nazwiskiem Hemingwaya jest gwiazdą naszej Pragi.



Zanim, jednak, znajdziemy naszą jadłodajnię, spacerujemy ulicami przy Teatrze Narodowym. Nové Město to główna dzielnica handlowa, a to znaczy, rozumie się samo przez się, że oglądamy puste już, w większości, wystawy, wszystkich sklepów, które w każdej szanującej się stolicy mody powinny się znaleźć. Dochodzimy, pod koniec patrzenia, na podświetlone, stojaki na kapelusze, torebki i apaszki, do namiastki hipsteriady, odpowiednik łódzkiego OFFa. Przez witryny zaglądamy do lokali z hamburgerami i za jasnych, jak na nasz gust, za pustych, przestrzeni. Na piwo decydujemy się w Muzeum Piwa, które wygląda bardzo czesko. Ceny: typowo turystyczne. Dodatkowy atut: jaranie dozwolone, jak w każdej czeskiej knajpie. Nie ważne czy jesz knedliki czy pijesz browar w stylu mliko. Petek się tli, a jeżeli się nie tli, to znaczy, że ludzie, którzy siedzą wkoło są mało ważni.

czwartek, 26 lutego 2015

Wspiąć się na Hradcany.



Budzimy się w naszym pokoju dwu osobowym, który jest przeznaczony dla osób ośmiu i powtarza się historia z poprzedniego dnia. Kaloryfery kaput, czy po polsku: nie grzeją. Przychodzi pani sprzątająca, żeby zajrzeć do łazienki. Mijamy się w korytarzu. Mówimy jej, że nasza łazienka czysta i że nie trzeba, ona zajrzała, zadowolona, przejechała szmatą po podłodze, pochwaliła. Z takimi paniami nie ma co zaczynać po angielsku, więc mówimy po polsku. Pokazujemy na nasz kaloryfer, zapraszamy na pokoju, mówimy, że zepsute, pani kiwa ze zrozumieniem głową. Mówi, że razem idziemy do recepcji, będziemy gadać. Nie wiem czy to zasłona dymna, żebyśmy nie zrobili awanturki, czy raczej sama ma na taką ochotę, więc znalazła popleczników. Schodzimy na dół i mówimy, wiadomo, do nich po angielsku, bo nie mają takiej intuicji, żeby wiedzieć, że po polsku zepsute, znaczy to samo co zlomeny. (Dygresja jest nieodzowna, bo przypomina mi się sytuacja, gdy w te wakacje złapałam z Marcinem stopa ze stacji benzynowej na autostradzie Orange - Cannes i zabrał nas mężczyzna z Europy Mocno Wschodniej, niestety nie zrozumieliśmy skąd, a do tej pory tkwi w nas przekonanie, że jest tajemniczym Igrem, o którym nikt nic nie wie. W każdym razie, razem z kolegą przewoził auta - nie to, że luksus, raczej właśnie trochę szrocik, jeżeli wiesz co mam na myśli, no i wzięli nas, my ani słowa po francusku, znaczy Marcin: żelilapą, ja: la robe noire, merci boku, po rosyjsku: da i niet, ja do tego zapytałam: kak twoja zawód i przedstawiłam, że mienia zawód Monika, więc jechaliśmy tak w ciszy, ja zdjęłam buty i rozłożyłam nogi na tylnym siedzeniu, czułam się jak w domu, pierwszy raz od dawna w tej podróży, jakbym wracała do siebie, bo jechaliśmy na mój ukochany Lazur, a podczas przerw, na stacjach benzynowych, zapewniałam kolegę Igra, że nie jesteśmy parą, a gdy odchodziłam, on pytał o to samo Marcina - bo kolega, który jechał za nami, to już trochę inglisz, przeplatany z rosyjskim, w każdym razie, historia jest taka, że bardzo mnie cieszyło to, że nasz kierowca tłumaczył nam, że prowadzi te auta, bo tamto się złamało i pokazywał na podwozie, a ja chichrałam się jak norka, z tych różnic językowych, że to takie zabawne, jak się chcesz porozumieć, a na około wszystko można wytłumaczyć - oczywiście, dygresja dygresji jest taka, że czasami też przeginam, jak podczas tej podróży, gdy coś było nie tak na bramce i pani mówiła do nas po francusku, ja nie rozumiałam ani słowa, ale krzyczałam z tego tylnego siedzenia: łi, łi, a Igr mówił babie w okienku: pas, pas!) W każdym razie, nasza pani sprzątaczka, stoi z nami i patrzy to na recepcjonistę, to na nas, a my mówimy, że hiter jest dead, że kold w pokoju. On nic nie mówi, więc pani sprzątaczka po czesku nas pyta, my jej po polsku odpowiadamy, a ona tłumaczy bęcwałowi na ojczysty. Dostajemy odpowiedź, że naprawią. No, ciekawe. Pani sprzątaczka od razu z nami zaczyna hiszaki i widzę, że to ona trzęsie tym miejscem, że zwróciliśmy się do dobrej osoby. Sprawa będzie załatwiona.

środa, 18 lutego 2015

Trochę życia uszczknąć, na zapas.



Wracamy, żeby znów zanurzyć się w mieście. Czasami skręcamy, bo w tej uliczce wydaje się bardziej kolorowo, a czasami dlatego, że tłum turystów wchodzi do kościoła, więc też chcemy sprawdzić jak wygląda w środku. Widząc kolejną hospodę otwieramy drzwi i zajmujemy miejsce przy stoliku. Zamawiamy po piwie, wyjmuję notes z adresami miejsc wartych odwiedzenia i popijając regionalny, chmielowy specjał podaję Maćkowi nazwy ulic, a on zaznacza na mapie miejsca wcześniej polecone, przeczytane, znalezione. Jasne przyjemnie oblepia gardło. Szukając przejścia, powrotu do punktu w którym umiemy się odnaleźć, gubimy się znów. Maciek, swoim zwyczajem, chce pytać o drogę. Nie chcę o nic pytać nikogo. Wolę sama krążyć i samej odkrywać co na mnie czeka. Kręcimy się, aż robi mi się na tyle zimno, że zrezygnowana mogę powiedzieć: dobrze, chodźmy w stronę świateł. Tam zaczyna się turystyczne szoł. Na placu porozstawiali się uliczni kuglarze, kawałek dalej Peruwiańczycy odpalili swój repertuar. Idąc w stronę Fleku, gdzie chcieliśmy zjeść obiado-kolację, nie możemy sobie odmówić wejścia do Muzeum Komiksu. Patrząc jednak na zegarek, stwierdzamy, że nie mamy czasu na zwiedzanie sal, a brzuch też zaczął dawać sygnały, że czas na nas. Wypijamy grog w barze, oglądając podświetlone na czerwono ściany z grafikami i ruszamy dalej.

wtorek, 3 lutego 2015

Na Pragę, rururuszaj!

to ja i Maciek, ja się cieszę, Maciek - chyba nie bardzo


Piątek po południu. Ja akurat po niemieckim, Maciek akurat po pracy. Wsiadamy w czerwonego żuczka i jedziemy do stolicy, skąd mamy wyjazd do Pepików. Tak jak poprzednio, promocja na bilety skusiła nas, ba, skazała nas na wyjazd. Wszystko super, autko odpala (zawsze jest ten strach, że jednak nie odpali...), nie ma korków (bo czemu miałyby być o 19 w piątek? wszyscy już zapeklowani na swoich miejscówkach, albo do peklażu się szykują), jedziemy na autostradę. Śmigniemy autostradą, przecież to chwila. 

wtorek, 20 stycznia 2015

Cmentarz na Rossie i Ostra Brama, oraz zainwestowałam w dzieło sztuki.

to ja i Maciek, moje oczy są zmęczone, a w tle jest jajko, jak z bajki o syrence wykluwającej się w rosyjskich jeziorach


Obudziliśmy się później niż zakładaliśmy, ale ta litewska wódka nie jest tak dobra jak polska. Trzeba ją odespać. W dodatku, bojąc się porannego chłodu, przekręciliśmy pokrętło w farelce jak najbardziej w prawo. Spoceni, z piaskiem w ustach, wykorzystujemy nasz pobyt w hostelu do ostatniego momentu, biorąc prysznic i leżąc na łóżku przy otwartym oknie, z wywieszonym językiem, łudząc się, że w czymkolwiek to pomoże. Zostawiamy bagaże w kanciapie za lodówką i idziemy uszczknąć jeszcze trochę wileńskiego dnia.