niedziela, 14 grudnia 2014

Dojazd do Wilna.

pierwszy raz zrobiłam tak ładne zdjęcie ulicy, zacznijmy od takiego Wilna



Znalazłam promocję, gdzie za bilet w jedną stronę zapłaciliśmy 35 złotych, czyli mniej niż z Łodzi do Puław. Powiedziałam Maćkowi, że trzeba jechać, bo oszaleję w tym domu, ocipieję, dostanę szajby ostatecznej, jeżeli nie pooddycham innym powietrzem. Wiedziałam, że kupimy - oznacza przyklepane. Wrodzone skąpstwo nie pozwoli nam stracić 70 złotych za osobę, czyli stu czterdziestu w rozrachunku ostatecznym. Często jest tak, że gdzieś się wybieramy, ale nagle w piątek trzeba iść na ważne urodziny, kogoś, kto mi zupełnie zwisa, albo - zwyczajnie - rozboli mnie brzuch i nie chcę wychodzić z łóżka. Oczywiście kasuje to wszystkie plany, ja chodzę wkurwiona warcząc na Maćka, a kończy się na klasycznym niedzielnym kacu i udawaniu, że ten dzień ma sens.

środa, 12 listopada 2014

Rok temu, o tej porze, właściwie już wracałam.

Rok temu o tej porze byłam w Slough.


Pod wieczór.

Zaczęło się od tego, że pokłóciłam się z Maćkiem, a on nie miał już do mnie siły (co wcale nie dziwi). Spakowałam parę rzeczy i przeniosłam się na kanapę Konrada. Konrad wynajmował ode mnie mieszkanie, więc czułam się tam, na tej, nie swojej, kanapie, jak u siebie. Zalegałam na niej, oglądając głupie seriale, a rano wychodziłam do sklepu po małpki, które szybko zaczęły się mnożyć i zajmować wszystkie półki, parapety i stoły w pokoju, podstawki, a nawet, nie wiem kiedy, część podłogi. Małpiska skakały, wystawiając pawianie tyłki i wyskubując robaki. Słowem - zaprowadziłam porządek. Między jednym łykiem a drugim, płacząc w poduszkę albo kurwiąc na czym świat stoi, powtarzając "już nigdy nie będzie takiego lata", sprawdziłam tanie loty. Przypomniałam sobie, że jeden ze znajomych bliźniaków mieszka teraz pod Londynem, a tam, w dwie strony, na 9 dni, można się przelecieć za niecałe 200 zł; oderwać od tej beznadziei, a kto wie czy tam nie zostać. Rzucić znów wszystko w pizdu. Nie raz już to robiłam, żadna nowość. Rutyna, można powiedzieć. Płaczę więc do słuchawki, a on mówi przyjeżdżaj. Nie mam swojej karty kredytowej, bo przecież nie chcę być dorosła. Dzwonię do Marcina - jego mama ma plastik, którego mi brakuje (przynajmniej jedna osoba w tym towarzystwie, ma jakieś poczucie życia w realnym świecie). Kupuję bilet, a po wyklikaniu zatwierdzenia myślę: na co mnie to wszystko, na co, przecież mogłabym tu, na tej kanapie przeleżeć, całe życie, oglądając seriale, pijąc te małpki, a przed snem, przy zgaszonym świetle, rozmawiać z Konradem, który śpi na materacu kawałek dalej, o tym, że w sumie nic w życiu nie warte, że ludzie nie rozumieją, a jak rozumieją to nie chcą.

niedziela, 26 października 2014

Trasa Berlin - Łódź, od strony Szczecina.




Czas wracać, weekend się kończy, od poniedziałku trzeba skupić się na innych rzeczach niż wyjazdowe przyjemności. An śpi po imprezie, więc zbieramy swoje rzeczy, najciszej jak się da. Przechodzimy do kuchni, wcześniej nie było okazji, żeby tam zajrzeć. Kolejne pomieszczenie z dużą ilością kanap, wielkim oknem, bezpardonowo wpuszczającym słońce. Roślinność na parapecie ma idealne warunki rozwoju. Grzybeczki wesoło rosną i wystawiają kapelusze, żeby złapać jak najwięcej witamin przez folię, w której siedzą. Budzimy Ana, sprawdzamy czy mamy wszystko w kieszeniach i ruszamy. Na U-bahn, na S-bahn, na trasę; szukać kogoś, kto wsadzi nas do swojego auta i będzie częścią 450 kilometrowej trasy do Łodzi. 

wtorek, 21 października 2014

Zatrzymaj się, choć na chwilę.



Szymański podwozi nas do najbliższej stacji U-bahn, choć wcale nic na to nie wskazuje, gdy każe kierować się prosto, wąską leśną ścieżką (na tyle prosto, na ile proste może być deptanie trawy). Całe szczęście za mostem, do którego dochodzimy, są szyny, a po nich jeździ kolejka, do której wskakujemy i jedziemy tak długo aż stwierdzimy, że "to jest centrum". Berlińskiego centrum nie można wyznaczyć cyrklem. Zresztą, jak w większości dużych, żyjących na sto procent miast. Każdy dystrykt ma swoje centrum. Każde centrum ma swoje centrum. I jeszcze jedno centrum. Dzielą się na oddzielne uniwersa, żyjące po swojemu.

wtorek, 14 października 2014

Podróż do... Berlina.



Gdybym miała teraz wstać spod kołdry, zabrać pięć najważniejszych rzeczy i wybrać jedno miejsce w którym spędzę najbliższe parę lat (tylko nie więcej niż trzy i pół, proszę!), to oprócz rozglądania się za spodniami (głupio ruszyć w samych majtkach), szukałabym przewodnika po Berlinie. Mogłabym wreszcie odwiedzić wszystkie miejsca, na które nigdy nie mam czasu, a które Michelin podpisuje trzema gwiazdkami. Wchodziłabym do każdej knajpki na Friedrichshain, szukała bursztynowej komnaty na Kreuzeberg, podglądała jak żyją bogacze w Charlottenburg i dostawała szału na widok remontowanej Unter den Linden, bo przecież to już trwa co najmniej dwa lata, od kiedy Mitte wygląda jakby to ich ktoś zbombardował, a nie oni Warszawę - a rozkopane miasto w każdej części świata podnosi ciśnienie tak samo.