niedziela, 26 października 2014

Trasa Berlin - Łódź, od strony Szczecina.




Czas wracać, weekend się kończy, od poniedziałku trzeba skupić się na innych rzeczach niż wyjazdowe przyjemności. An śpi po imprezie, więc zbieramy swoje rzeczy, najciszej jak się da. Przechodzimy do kuchni, wcześniej nie było okazji, żeby tam zajrzeć. Kolejne pomieszczenie z dużą ilością kanap, wielkim oknem, bezpardonowo wpuszczającym słońce. Roślinność na parapecie ma idealne warunki rozwoju. Grzybeczki wesoło rosną i wystawiają kapelusze, żeby złapać jak najwięcej witamin przez folię, w której siedzą. Budzimy Ana, sprawdzamy czy mamy wszystko w kieszeniach i ruszamy. Na U-bahn, na S-bahn, na trasę; szukać kogoś, kto wsadzi nas do swojego auta i będzie częścią 450 kilometrowej trasy do Łodzi. 

wtorek, 21 października 2014

Zatrzymaj się, choć na chwilę.



Szymański podwozi nas do najbliższej stacji U-bahn, choć wcale nic na to nie wskazuje, gdy każe kierować się prosto, wąską leśną ścieżką (na tyle prosto, na ile proste może być deptanie trawy). Całe szczęście za mostem, do którego dochodzimy, są szyny, a po nich jeździ kolejka, do której wskakujemy i jedziemy tak długo aż stwierdzimy, że "to jest centrum". Berlińskiego centrum nie można wyznaczyć cyrklem. Zresztą, jak w większości dużych, żyjących na sto procent miast. Każdy dystrykt ma swoje centrum. Każde centrum ma swoje centrum. I jeszcze jedno centrum. Dzielą się na oddzielne uniwersa, żyjące po swojemu.

wtorek, 14 października 2014

Podróż do... Berlina.



Gdybym miała teraz wstać spod kołdry, zabrać pięć najważniejszych rzeczy i wybrać jedno miejsce w którym spędzę najbliższe parę lat (tylko nie więcej niż trzy i pół, proszę!), to oprócz rozglądania się za spodniami (głupio ruszyć w samych majtkach), szukałabym przewodnika po Berlinie. Mogłabym wreszcie odwiedzić wszystkie miejsca, na które nigdy nie mam czasu, a które Michelin podpisuje trzema gwiazdkami. Wchodziłabym do każdej knajpki na Friedrichshain, szukała bursztynowej komnaty na Kreuzeberg, podglądała jak żyją bogacze w Charlottenburg i dostawała szału na widok remontowanej Unter den Linden, bo przecież to już trwa co najmniej dwa lata, od kiedy Mitte wygląda jakby to ich ktoś zbombardował, a nie oni Warszawę - a rozkopane miasto w każdej części świata podnosi ciśnienie tak samo.

niedziela, 28 września 2014

Na początku był chaos.



Mam duże parcie na podróżowanie, odkrywanie, gonienie króliczka. Czasami zapominam jak łatwo spakować tusz do rzęs, okulary przeciwsłoneczne i ruszyć w nieznane mniejlubbardziej. W te wakacje udało mi się wrócić do nawyków sprzed paru lat, które całkiem skutecznie pogrzebała we depresja i inne ogólne nieszczęście. Na nowo zaczęła cieszyć mnie fotografia, przypomniałam sobie jak cudownie jest łączyć suszone pomidory z pomarańczą, ile satysfakcji daje wypluwanie słów, zanurzanie w kadziach historii obcych krain i zdobywanie Mont Everestu każdego dnia. Postanowiłam pamiętać o dobrych rzeczach dłużej. Przypominać sobie, że wystarczy złapać torbę i zacząć iść. 

- Dzień dobry, którędy do Shangri-La?

--

I have a big urge to travel, discover, chasing the bunny. Sometimes I forget how easy it is to pack a mascara, sunglasses and go into the other worlds by the name moreorless. This summer I was able to go back to the habits which I had a few years ago, which were quite effectively buried in depression and other general disasters. I began to enjoy photography again, I remembered how wonderful it was to combine sun-dried tomatoes with orange, how much satisfaction it gives spitting out the words, dip in the history vats of foreign lands and conquering Mount Everest every day. I decided to remember the good things longer. Remind myself that it's simple: I just need to grab a bag and start walking. 

- Good morning, which way to Shangri-La?