czwartek, 26 lutego 2015

Wspiąć się na Hradcany.



Budzimy się w naszym pokoju dwu osobowym, który jest przeznaczony dla osób ośmiu i powtarza się historia z poprzedniego dnia. Kaloryfery kaput, czy po polsku: nie grzeją. Przychodzi pani sprzątająca, żeby zajrzeć do łazienki. Mijamy się w korytarzu. Mówimy jej, że nasza łazienka czysta i że nie trzeba, ona zajrzała, zadowolona, przejechała szmatą po podłodze, pochwaliła. Z takimi paniami nie ma co zaczynać po angielsku, więc mówimy po polsku. Pokazujemy na nasz kaloryfer, zapraszamy na pokoju, mówimy, że zepsute, pani kiwa ze zrozumieniem głową. Mówi, że razem idziemy do recepcji, będziemy gadać. Nie wiem czy to zasłona dymna, żebyśmy nie zrobili awanturki, czy raczej sama ma na taką ochotę, więc znalazła popleczników. Schodzimy na dół i mówimy, wiadomo, do nich po angielsku, bo nie mają takiej intuicji, żeby wiedzieć, że po polsku zepsute, znaczy to samo co zlomeny. (Dygresja jest nieodzowna, bo przypomina mi się sytuacja, gdy w te wakacje złapałam z Marcinem stopa ze stacji benzynowej na autostradzie Orange - Cannes i zabrał nas mężczyzna z Europy Mocno Wschodniej, niestety nie zrozumieliśmy skąd, a do tej pory tkwi w nas przekonanie, że jest tajemniczym Igrem, o którym nikt nic nie wie. W każdym razie, razem z kolegą przewoził auta - nie to, że luksus, raczej właśnie trochę szrocik, jeżeli wiesz co mam na myśli, no i wzięli nas, my ani słowa po francusku, znaczy Marcin: żelilapą, ja: la robe noire, merci boku, po rosyjsku: da i niet, ja do tego zapytałam: kak twoja zawód i przedstawiłam, że mienia zawód Monika, więc jechaliśmy tak w ciszy, ja zdjęłam buty i rozłożyłam nogi na tylnym siedzeniu, czułam się jak w domu, pierwszy raz od dawna w tej podróży, jakbym wracała do siebie, bo jechaliśmy na mój ukochany Lazur, a podczas przerw, na stacjach benzynowych, zapewniałam kolegę Igra, że nie jesteśmy parą, a gdy odchodziłam, on pytał o to samo Marcina - bo kolega, który jechał za nami, to już trochę inglisz, przeplatany z rosyjskim, w każdym razie, historia jest taka, że bardzo mnie cieszyło to, że nasz kierowca tłumaczył nam, że prowadzi te auta, bo tamto się złamało i pokazywał na podwozie, a ja chichrałam się jak norka, z tych różnic językowych, że to takie zabawne, jak się chcesz porozumieć, a na około wszystko można wytłumaczyć - oczywiście, dygresja dygresji jest taka, że czasami też przeginam, jak podczas tej podróży, gdy coś było nie tak na bramce i pani mówiła do nas po francusku, ja nie rozumiałam ani słowa, ale krzyczałam z tego tylnego siedzenia: łi, łi, a Igr mówił babie w okienku: pas, pas!) W każdym razie, nasza pani sprzątaczka, stoi z nami i patrzy to na recepcjonistę, to na nas, a my mówimy, że hiter jest dead, że kold w pokoju. On nic nie mówi, więc pani sprzątaczka po czesku nas pyta, my jej po polsku odpowiadamy, a ona tłumaczy bęcwałowi na ojczysty. Dostajemy odpowiedź, że naprawią. No, ciekawe. Pani sprzątaczka od razu z nami zaczyna hiszaki i widzę, że to ona trzęsie tym miejscem, że zwróciliśmy się do dobrej osoby. Sprawa będzie załatwiona.

środa, 18 lutego 2015

Trochę życia uszczknąć, na zapas.



Wracamy, żeby znów zanurzyć się w mieście. Czasami skręcamy, bo w tej uliczce wydaje się bardziej kolorowo, a czasami dlatego, że tłum turystów wchodzi do kościoła, więc też chcemy sprawdzić jak wygląda w środku. Widząc kolejną hospodę otwieramy drzwi i zajmujemy miejsce przy stoliku. Zamawiamy po piwie, wyjmuję notes z adresami miejsc wartych odwiedzenia i popijając regionalny, chmielowy specjał podaję Maćkowi nazwy ulic, a on zaznacza na mapie miejsca wcześniej polecone, przeczytane, znalezione. Jasne przyjemnie oblepia gardło. Szukając przejścia, powrotu do punktu w którym umiemy się odnaleźć, gubimy się znów. Maciek, swoim zwyczajem, chce pytać o drogę. Nie chcę o nic pytać nikogo. Wolę sama krążyć i samej odkrywać co na mnie czeka. Kręcimy się, aż robi mi się na tyle zimno, że zrezygnowana mogę powiedzieć: dobrze, chodźmy w stronę świateł. Tam zaczyna się turystyczne szoł. Na placu porozstawiali się uliczni kuglarze, kawałek dalej Peruwiańczycy odpalili swój repertuar. Idąc w stronę Fleku, gdzie chcieliśmy zjeść obiado-kolację, nie możemy sobie odmówić wejścia do Muzeum Komiksu. Patrząc jednak na zegarek, stwierdzamy, że nie mamy czasu na zwiedzanie sal, a brzuch też zaczął dawać sygnały, że czas na nas. Wypijamy grog w barze, oglądając podświetlone na czerwono ściany z grafikami i ruszamy dalej. 

Grog w muzeum komiksu - chyba nigdy nie dojdziemy na smażony syr.


Znajdujemy Fleku i wchodzimy do środka. Siadamy naprzeciwko siebie przy długim stole. Jeszcze dobrze nie zdążę zdjąć kurtki, a już stawiają przed nami dwa ciemne piwa, kładą kartkę i kreślą dwie kreski. Jak tylko zahaczę zbędne okrycie na wieszaku, natychmiast, zamiast menu, przychodzi kelner z tacą, na której stoją, jeden obok drugiego, pełne czterdziestki i mówi, że tu po ziołowemu, a tu miodowo. Tylko moja ręka się ruszy, delikatnie, w jego stronę, on ten ruch, jak łowczy wyczuwa, dostawia dwie kreski, my wypijamy, a go nie ma. Dopiero dostajemy menu, a w tle, na akordeonie gra facet, który swoim wyglądem dowodzi, że czy Praga warszawska, czy czeska - wspomnienie o ubiorze z epoki, ubiorze na cwaniaka, takie samo. Czekając na jedzenie przyglądam się drugiej połowie sali, która jest zajęta przez trzydziestu Włochów. Przy jednym stole siedzą mężczyźni, przy drugim kobiety z dziećmi. Ojciec Chrzestny w miniaturze. Przywołują do siebie akordeonistę. Mężczyźni rozmawiają z nim chwilę. Z instrumentu wydobywają się pierwsze nuty. Cała rodzina zaczyna śpiewać: Volare, ooo. Ja też śpiewam sobie, razem z nimi. Niby z nimi, a obok nich. Nikt nie zwraca uwagi. Wszystkie oczy na nich. Najstarszy z nich wstaje, a ten chwilowy nestor - bo nie wierzę, że jest nim wszędzie - ma nie więcej niż 50 lat. Na Sycylii na pewno czeka inny Don. Zmienia się piosenka, zaczyna śpiewać O Solemio, a ja czuję się jakbym była w Neapolu, w Palermo, w Rzymie. Wszędzie, na wymarzonym południu Włoch. Wszędzie, gdzie chodnik paruje od gorąca, gdzie wieczorami pijasz schłodzone białe wino i siedzisz do rana przy stole rozstawionym przed młodymi winoroślami, nie zakładając na ramiona swetra. Akordeonista kończy, odchodzi, ukradkiem rozgląda się po sali, próbuje ukryć uśmiech - takich oklasków nie zebrał od dawna. Podchodzi do niego bambino, z nominałem, z dwudziestoma euro. Dyskretnie podaje do ręki, mówiąc grazie. 

:)

Przed nami stają kolejne portery, po których wąs z piany zostaje na ustach. W pomieszczeniu robi się gwarno. Muzyk ponaglany przez kierownika przechodzi do innych stołów, odbębnić swoje. Kelner z pełną tacą wraca do nas. Dziękujemy. Obserwujemy jak consigliere sięga po rachunek i płaci za wszystkich. Zbierają się do wyjścia. My też czujemy, że teraz nic tu po nas. Jemy i wychodzimy.

Jest już ciemno, a my dopiero nabieramy wigoru. Choć, nie da się zaprzeczyć, że czeskie jadło trochę obciążyło nasze żołądki. Spacerujemy, aż trafiamy do turystycznej mekki. Miejscowi nigdy do takich miejsc nie przychodzą. Budżetowcy też nie. Nie wchodzą tam antropolodzy. Tym bardziej nie interesują takie miejsca muzealników i poszukiwaczy klimatu miasta. Turystyczny fast food, sieczka, którą ładujesz w siebie, żeby coś się wydarzyło, bo to miejsce może być wszędzie: w Szanghaju, w Warszawie, w Lizbonie, w Rio, w Radomiu. Przypadkiem, tym razem, jest w Pradze. Do wejścia zachęca miły, czarnoskóry chłopak. Mówię mu, że jego angielski ma francuski akcent. Nie wiem co go bardziej cieszy - to, że decydujemy się ten rodzaj rozrywki czy moje słowa. Wypiera się znajomości frencza, a przecież wiem, że to jeden z tych, którym nie udało się dostać do Anglii pod naczepą. Bardzo możliwe, że znalazł się tu tylko dlatego, że któryś z kierowców zobaczył, że się podczepił pod auto, i wypuścił go na granicy mówiąc, że to już tutaj, że to Jukej, my już są. Płacimy za wstęp i siadamy na kanapach przed wejściem. Czekamy aż wcześniejsza tura opuści pomieszczenie. Przychodzą Brytole. Oni zawsze łasi na imprezowe klimaty. Obsługa ubiera nas w srebrne kombinezony i każe założyć rękawiczki. Wchodzimy do komory zimowej Heinekena. Odbieramy drinki podane w lodowych szklankach - przecież są w cenie biletu. Mamy tylko dwadzieścia minut, żeby się nacieszyć byciem tam.

:)

- Ile tutaj jest stopni? 
- Skąd jesteście?
- Z Polski.
- Jak dla was, minus dwadzieścia.

:)

:)

Później ta polskość jeszcze się za nami ciągnie, przez cały wyjazd, a sytuacja, gdy wyrzucamy do kosza bryły lodu, wydaje się być wyznacznikiem całego wyjazdu. Jako jedyni na sali dostaliśmy propozycję, że może byśmy coś jeszcze chlapnęli. Odmawiamy - już kiedyś nas jeden oszukał w Barcelonie, o czym wspominałam: że wejść do klubu to i owszem, taka propozycja padła, ale żeby wyjść to trzeba wymienić żetony w barze na napitki, więc staliśmy tam i piliśmy jakieś siki, obserwując starego dziada podającego dużą ilość białego proszku, na handel, skąpo ubranej mulatce w wielkim afro. W każdym razie, chcemy się nabawić tu na maksa, więc korzystamy z każdej rzeźby lodowej, tańczę do każdej piosenki, zachowuję się jakby to był time of my life. Zapłacone. Wychodzimy. Na dworze ciemno i zimno. Szaro. Trochę mży. Zbiera się kolejka do klubu z selekcją. Czas uciekać. 

Pokarm dla psów na przekąskę.

Kręcimy się jeszcze trochę. Przed powrotem do hostelu, namawiam Maćka na zakupy - w końcu jak wstaniemy, to musimy mieć coś na śniadanie. Wszystkie sklepy prowadzą Azjaci. Wszystkie do których zaglądamy. Ten, najbliżej naszego spania, też. No i kuszę się. Skuszam się, właściwie. Wiadomo, Czechy, absynt, piwo, wszystko to, prosta droga do ciasteczek z marihuaną. Nie tych prawdziwych, ale takich o smaku. Wciąż jednak głupia nadzieja we mnie buzuje, że może chociaż trochę szaleństwa jeszcze, jeszcze dzisiaj dotknąć nieba. Cóż. Po spróbowaniu jednego, już pod kołdrą, po stoczeniu z Maćkiem walki o "nie jedzenie w łóżku" i "nie chrupanie do ucha" (choć w gruncie rzeczy nie wiem, jaki byłby z tym problem, w końcu mieliśmy jakieś whisky, które pozwoliłoby mu zamknąć oko), próbuję i następnym rzucam o ścianę. Karma dla psów. Mogę spać snem spokojnym, nic mnie już dzisiaj nie ominie. 

wtorek, 3 lutego 2015

Na Pragę, rururuszaj!

to ja i Maciek, ja się cieszę, Maciek - chyba nie bardzo


Piątek po południu. Ja akurat po niemieckim, Maciek akurat po pracy. Wsiadamy w czerwonego żuczka i jedziemy do stolicy, skąd mamy wyjazd do Pepików. Tak jak poprzednio, promocja na bilety skusiła nas, ba, skazała nas na wyjazd. Wszystko super, autko odpala (zawsze jest ten strach, że jednak nie odpali...), nie ma korków (bo czemu miałyby być o 19 w piątek? wszyscy już zapeklowani na swoich miejscówkach, albo do peklażu się szykują), jedziemy na autostradę. Śmigniemy autostradą, przecież to chwila. 

wtorek, 20 stycznia 2015

Cmentarz na Rossie i Ostra Brama, oraz zainwestowałam w dzieło sztuki.

to ja i Maciek, moje oczy są zmęczone, a w tle jest jajko, jak z bajki o syrence wykluwającej się w rosyjskich jeziorach


Obudziliśmy się później niż zakładaliśmy, ale ta litewska wódka nie jest tak dobra jak polska. Trzeba ją odespać. W dodatku, bojąc się porannego chłodu, przekręciliśmy pokrętło w farelce jak najbardziej w prawo. Spoceni, z piaskiem w ustach, wykorzystujemy nasz pobyt w hostelu do ostatniego momentu, biorąc prysznic i leżąc na łóżku przy otwartym oknie, z wywieszonym językiem, łudząc się, że w czymkolwiek to pomoże. Zostawiamy bagaże w kanciapie za lodówką i idziemy uszczknąć jeszcze trochę wileńskiego dnia.

niedziela, 11 stycznia 2015

Historia Polaków na Litwie.

przycupnęłam na ławeczce pod sklepo-galerią, zainspirowana Rosjanką, która poprosiła, żeby zrobić jej zdjęcie w tym właśnie miejscu


Wilno przywitało nas chłodem i szarością. Mając nadzieję, że to nie najlepsza rzecz, która może nas spotkać wyruszyliśmy na poszukiwania skarbów narodu. Postukaliśmy w zamknięte drzwi wileńskiej katedry. Muszę sama sobie uwierzyć, że w środku wygląda identycznie jak na zdjęciach. Podjęliśmy próbę znalezienia bocznego wejścia do Zamku Dolnego. Niestety - zrekonstruowany, a to oznacza, że nawet jeżeli są jakieś drzwi, przy których nie sprzedają biletów, to jest przy nich osoba, która specjalnie tych drzwi będzie pilnować i nie robić nic więcej, tylko czekać aż złapiemy za klamkę, żeby złapać nas za rękę (a wtedy mów, że to nie twoja ręka). Poszliśmy zobaczyć jak wygląda miasto z Wieży Giedymina. Przechodziliśmy obok pomnika Adama Mickiewicza.