wtorek, 20 stycznia 2015

Cmentarz na Rossie i Ostra Brama, oraz zainwestowałam w dzieło sztuki.

to ja i Maciek, moje oczy są zmęczone, a w tle jest jajko, jak z bajki o syrence wykluwającej się w rosyjskich jeziorach


Obudziliśmy się później niż zakładaliśmy, ale ta litewska wódka nie jest tak dobra jak polska. Trzeba ją odespać. W dodatku, bojąc się porannego chłodu, przekręciliśmy pokrętło w farelce jak najbardziej w prawo. Spoceni, z piaskiem w ustach, wykorzystujemy nasz pobyt w hostelu do ostatniego momentu, biorąc prysznic i leżąc na łóżku przy otwartym oknie, z wywieszonym językiem, łudząc się, że w czymkolwiek to pomoże. Zostawiamy bagaże w kanciapie za lodówką i idziemy uszczknąć jeszcze trochę wileńskiego dnia.

niedziela, 11 stycznia 2015

Historia Polaków na Litwie.

przycupnęłam na ławeczce pod sklepo-galerią, zainspirowana Rosjanką, która poprosiła, żeby zrobić jej zdjęcie w tym właśnie miejscu


Wilno przywitało nas chłodem i szarością. Mając nadzieję, że to nie najlepsza rzecz, która może nas spotkać wyruszyliśmy na poszukiwania skarbów narodu. Postukaliśmy w zamknięte drzwi wileńskiej katedry. Muszę sama sobie uwierzyć, że w środku wygląda identycznie jak na zdjęciach. Podjęliśmy próbę znalezienia bocznego wejścia do Zamku Dolnego. Niestety - zrekonstruowany, a to oznacza, że nawet jeżeli są jakieś drzwi, przy których nie sprzedają biletów, to jest przy nich osoba, która specjalnie tych drzwi będzie pilnować i nie robić nic więcej, tylko czekać aż złapiemy za klamkę, żeby złapać nas za rękę (a wtedy mów, że to nie twoja ręka). Poszliśmy zobaczyć jak wygląda miasto z Wieży Giedymina. Przechodziliśmy obok pomnika Adama Mickiewicza. 

niedziela, 14 grudnia 2014

Dojazd do Wilna.

pierwszy raz zrobiłam tak ładne zdjęcie ulicy, zacznijmy od takiego Wilna



Znalazłam promocję, gdzie za bilet w jedną stronę zapłaciliśmy 35 złotych, czyli mniej niż z Łodzi do Puław. Powiedziałam Maćkowi, że trzeba jechać, bo oszaleję w tym domu, ocipieję, dostanę szajby ostatecznej, jeżeli nie pooddycham innym powietrzem. Wiedziałam, że kupimy - oznacza przyklepane. Wrodzone skąpstwo nie pozwoli nam stracić 70 złotych za osobę, czyli stu czterdziestu w rozrachunku ostatecznym. Często jest tak, że gdzieś się wybieramy, ale nagle w piątek trzeba iść na ważne urodziny, kogoś, kto mi zupełnie zwisa, albo - zwyczajnie - rozboli mnie brzuch i nie chcę wychodzić z łóżka. Oczywiście kasuje to wszystkie plany, ja chodzę wkurwiona warcząc na Maćka, a kończy się na klasycznym niedzielnym kacu i udawaniu, że ten dzień ma sens.

środa, 12 listopada 2014

Rok temu, o tej porze, właściwie już wracałam.

Rok temu o tej porze byłam w Slough.


Pod wieczór.

Zaczęło się od tego, że pokłóciłam się z Maćkiem, a on nie miał już do mnie siły (co wcale nie dziwi). Spakowałam parę rzeczy i przeniosłam się na kanapę Konrada. Konrad wynajmował ode mnie mieszkanie, więc czułam się tam, na tej, nie swojej, kanapie, jak u siebie. Zalegałam na niej, oglądając głupie seriale, a rano wychodziłam do sklepu po małpki, które szybko zaczęły się mnożyć i zajmować wszystkie półki, parapety i stoły w pokoju, podstawki, a nawet, nie wiem kiedy, część podłogi. Małpiska skakały, wystawiając pawianie tyłki i wyskubując robaki. Słowem - zaprowadziłam porządek. Między jednym łykiem a drugim, płacząc w poduszkę albo kurwiąc na czym świat stoi, powtarzając "już nigdy nie będzie takiego lata", sprawdziłam tanie loty. Przypomniałam sobie, że jeden ze znajomych bliźniaków mieszka teraz pod Londynem, a tam, w dwie strony, na 9 dni, można się przelecieć za niecałe 200 zł; oderwać od tej beznadziei, a kto wie czy tam nie zostać. Rzucić znów wszystko w pizdu. Nie raz już to robiłam, żadna nowość. Rutyna, można powiedzieć. Płaczę więc do słuchawki, a on mówi przyjeżdżaj. Nie mam swojej karty kredytowej, bo przecież nie chcę być dorosła. Dzwonię do Marcina - jego mama ma plastik, którego mi brakuje (przynajmniej jedna osoba w tym towarzystwie, ma jakieś poczucie życia w realnym świecie). Kupuję bilet, a po wyklikaniu zatwierdzenia myślę: na co mnie to wszystko, na co, przecież mogłabym tu, na tej kanapie przeleżeć, całe życie, oglądając seriale, pijąc te małpki, a przed snem, przy zgaszonym świetle, rozmawiać z Konradem, który śpi na materacu kawałek dalej, o tym, że w sumie nic w życiu nie warte, że ludzie nie rozumieją, a jak rozumieją to nie chcą.

niedziela, 26 października 2014

Trasa Berlin - Łódź, od strony Szczecina.




Czas wracać, weekend się kończy, od poniedziałku trzeba skupić się na innych rzeczach niż wyjazdowe przyjemności. An śpi po imprezie, więc zbieramy swoje rzeczy, najciszej jak się da. Przechodzimy do kuchni, wcześniej nie było okazji, żeby tam zajrzeć. Kolejne pomieszczenie z dużą ilością kanap, wielkim oknem, bezpardonowo wpuszczającym słońce. Roślinność na parapecie ma idealne warunki rozwoju. Grzybeczki wesoło rosną i wystawiają kapelusze, żeby złapać jak najwięcej witamin przez folię, w której siedzą. Budzimy Ana, sprawdzamy czy mamy wszystko w kieszeniach i ruszamy. Na U-bahn, na S-bahn, na trasę; szukać kogoś, kto wsadzi nas do swojego auta i będzie częścią 450 kilometrowej trasy do Łodzi.