niedziela, 10 maja 2015

Pierwszy couchsurfing tej wycieczki.


Ktoś musiał robić zdjęcie - padło na Marcina. Marcin, tęsknię za Tobą na tym zdjęciu!


Bilety całodobowe kosztują 7,50. Wsiadamy w pociąg metra, który podjeżdża, ale nie obyci ze światem, nie wiemy, że to ostatni tego dnia przejazd i w połowie drogi zmienił się numer. Wracamy, więc. Marcin wziął ze sobą jakąś wódkę, więc prezent na wejście, wkupne do mieszkania, mamy. Przesiadamy się w autobus. Lądujemy na blokowisku, po którym kręcimy się dobre 40 minut. Żeby znaleźć numer pod którym mieszka Fabian okrążamy cały budynek. Drzwi otwiera gospodarz, a my – wiadomo, polska szarańcza, atakujemy duży pokój i każdy wyciąga swoje manele. Wyciągamy prezent, a on pokazuje, że ma w lodówce jeszcze dwie, w każdej po ćwiartce jeszcze, flaszki polskiego specjału. Właściwie, oprócz tego, w lodówce nie ma nic. Pijemy po 2-3 kieliszki. Pusto. Na balkonie palimy dżojnta, którego kupił Maciek. Fabian chciałby gdzieś wyjść, ale my, zmęczeni podróżą, wolimy zostać już tu, gdzie osiedliśmy. Przykro. Zostajemy, więc w tym pokoju, który jest bardzo ascetyczny, ale dużo mówi o właścicielu. Oprócz telewizora, jest też komputer i masa płyt CD poustawianych w wieże.

środa, 6 maja 2015

Właściwie nic się nie dzieje - siedzimy.



Pada tak, że od razu robimy się mokrzy. Biegniemy z Marcinem pod dach jakiejś kawiarni i zakładamy na siebie płaszcze przeciwdeszczowe. Kolejna rzecz, którą mam tylko dlatego, że Maciek kazał mi zabrać. Gdyby nie on, pewnie bym pojechała w tym, w czym stoję. No, może wzięłabym leki. Leki zawsze trzeba mieć przy sobie, jeżeli jakiś ból czy katarek. Mój płaszcz jest zgniłozielony, ma krótkie rękawy i gdy nakładam go na siebie, zaciągam na plecak, na głowę kaptur, to wyglądam jak żółw. Ciężko byłoby mnie zgubić, ciężko jest się do mnie nie uśmiechnąć. Przechodzimy na dworzec, gdzie jest wi-fi i wrzucam szybkie ogłoszenie na couchsurfing, że szukamy noclegu. Dajemy Kasi i Maćkowi znać gdzie jesteśmy. Marcin, przeglądając strony internetowe, znajduje informacje, że opuszczone łódki są super spoko i polecam, szczególnie te przy kanale. Pojawiają się nasza druga odnoga. My jeszcze nie zdążyliśmy się dobrze rozejrzeć – chociaż Marcin już tu kiedyś był i bardzo lubi, dla mnie to pierwszy raz. Maciek z Kasią przeszli kawałek. Kasia jest zachwycona miastem.

niedziela, 3 maja 2015

Docieramy do pierwszego przystanku.




Wsiadamy do auta, w którym starsze państwo jedzie z przodu, a my z tyłu, z ich synem. Jest w podobnym wieku co my, ale chyba trochę się na rodziców obraził, że nas wzięli i siedzi naburmuszony. Cała trójka jedzie w Dojcze tam do pracy. Miło się nam rozmawia, mają rodzinę w Łodzi, ciekawi są zmian, modernizacji. Wysadzają nas kawałek za daleko, na parkingu pełnym motocyklistów. I ja od razu sobie myślę: maj gad, hells endżels, Stany Zjednoczone, jest ich tutaj z setka, jedni z kobitami, inni bez, każdy z brodą i metryką sprzed lat 70, pewnie w tych sakwach mają kolumbijski koks, a kobiety implanty w cyckach. A ja, sierota, staję pod umywalnią, w tych swoich białych sportowych butach, firmy no name, z tym plecakiem, którego nie umiem sama założyć na plecy, z tą miną, która mówi raczej „zaopiekuj-się-mną-jestem-z-dala-od-domu”, niż „kosa-pod-żebro”. Widzę, jak wjeżdża ich coraz więcej i myślę sobie, że taka maszyna między nogami, to lepsze niż penis, to jest dopiero wolność. Bo nie oszukujmy się – penis jest wolnością w najbardziej podstawowym tego słowa znaczeniu. Posiadanie ograniczenia, w postaci jajeczek, które każdego miesiąca emigrują z mojego ciała jest najbardziej przywiązujące ze wszystkiego, jest wielką odpowiedzialnością, jest świadomością, że istnieje jedna rzecz, na którą kiedyś może być za późno. Taki motor, taki motocykl to musi być coś, to jest właśnie ta wolność, ten wiatr we włosach, ten power. Ryk silnika to najlepsza melodia do mrużenia oczu, czego nie robię, bo nie chcę tracić ani chwili, kiedy mogę patrzeć na ten symbol.

środa, 29 kwietnia 2015

Polska za granicą!!!

Nie mam żadnego zdjęcia, które mogłoby w jakikolwiek sposób zilustrować rozmowę z chłopakami, więc wstawiam zdjęcie z Wikipedii. Keine Grenzen.


Budzę się około ósmej. Cieszę się, że wzięłam od Maćka polar, który mi tak bardzo wciskał przed wyjazdem, a ja dla świętego spokoju wrzuciłam do plecaka. Śpiwór z Kerfura, sprzed 10 lat, za 40 złotych, to jednak nie jest taki szał, żeby latem się w nocy nie obudzić z zimnymi stopami. Polar ratuje moją temperaturę ciała w kryzysowych godzinach, tak samo jak ciepła czapka, którą wzięłam i skarpety, które noszę zimą. Z drugiej strony, bardzo łatwo mi przeskoczyć z wyziębionego organizmu do obudzenia się zlana potem.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W tamtym roku pojechałam i było najlepiej.



Jest tyle do zrobienia, że nie ma czasu na wyjazdy. Mogłabym tak twierdzić, ale prawda jest taka, że jestem bardzo słabo zorganizowana, bo dużo rzeczy planuję, dużo rzeczy trzeba zrobić, jest dużo zajęć i dużo miejsc w które trzeba przy okazji pójść, więc odkładam każdy wyjazd za chwilę, za troszeczkę. Prawda też jest taka, że w tygodniu nie mogę się ruszyć z miasta, bo nie i już, bo wypadnięcie z planu spowoduje u mnie paranoję i stany lękowe, że nie podołam, albo że zdarzy się z moim ciałem coś strasznego, nastąpi jakaś deformacja i będą mnie na ulicy wytykać palcami i wołać „człowiek-słoń”. Równocześnie, ten czas, który jest teraz, pierwsze słońce i zapach wiatru, sprawia, że czuję się jakbym się najadła szaleju, jakbym miała pazurami rozcinać tapety na ścianie. Potrzebuję ruchu i potrzebuję poczucia, że każdy dzień jest tym dniem, który miałam przeżyć, a nie przetrwać.