wtorek, 30 czerwca 2015

Mężczyzna tylko na mnie spojrzy i chce mnie mieć - takie są fakty.

troje globtrotterów


Śniadanie, prysznic, pranie. Kasia idzie zwiedzać sama, w swoim kierunku, ja będę oglądać miasto z Maćkiem i Marcinem. Kupujemy piwo, bo zakładamy, że skoro to Paryż, stolica upajania się życiem, to my możemy upajać się tym, na co aktualnie mamy ochotę i nikt nam nie zabroni. W sklepie Panowie zacieszają, że jesteśmy z Polski i podają wynik ostatniego meczu w piłkę nożną. Spacerem w stronę Montmartre. Po drodze trafiamy lokalny targ. Sprzedawcy pokrzykują na siebie, Paryżanie szybko przemieszają się z jednego stoiska na drugiego, doskonale wiedząc co chcą kupić i gdzie to dostać, w przeciwieństwie do nas, do naszego powolnego tempa, dostosowanego dokładnie tak, żeby zarejestrować wszystkie artykuły wystawione na ladzie.

niedziela, 21 czerwca 2015

Pierwszy dzień w Paryżu jest zarezerwowany na zagospodarowanie się.

najgorzej jest, gdy zamykają oczy


Pierwsze co robimy, to schodzimy w dół po schodach metra, żeby zorientować się w którym dokładnie miejscu jesteśmy – tam zawsze jest mapa. Chociaż wiadomo, że jeżeli centrum, to wszędzie wkoło nas coś jest – może Paryż to nie Rzym i całe miasto nie zamieniło się (jeszcze!) w muzeum, ale tu też na każdym kroku potykasz się o ważny fragment historii, tak bardzo uwielbiany przez turystów.

sobota, 6 czerwca 2015

Z Amsterdamu do Paryża.

może być nas bardzo żal - na to liczymy, taka jest taktyka moja i Marcina


Pobudka i ewakuacja. Jedziemy dalej. Pogoda jest paskudna, wcale nie zachęca do stania i czekania aż ktoś zwolni, żeby otworzyć drzwi swojego auta dla wesołego podróżnika. Najpierw próbujemy coś ugrać w pobliżu miejsca zamieszkania Fabiana. Maszerujemy przez pola, szukając przejścia do drogi. Próbujemy łapać, ale trochę pada – trochę nie, a miejsce jest beznadziejne. Nawet już nie chodzi o to, że nikt na nas nie spojrzy, ale o to, że chyba za bardzo w centrum i żadna to wylotówka na autostradę. Marcin podłączył się do wi-fi w pobliskim punkcie autobusowym i szuka w autostopowej biblii informacji o najlepszym miejscu w które możemy się przenieść. Po jakimś czasie stajemy, przy skrzyżowaniu, ciesząc się, że jest tutaj stacja benzynowa, na której możemy pytać, czy ktoś nas weźmie, a kawałek dalej Maczek, żeby sobie podjeść. Niestety, pracownik stacji wygania nas i straszy policją, a w Maku też za długo człowiek nie posiedzi, bo już późno, wypadałoby wyjechać z miasta. Jako opcja rezerwowa pojawia się babcia Marcina, która mieszka w Utrechcie, a bilet na pociąg kosztuje 2-3 Euro (a może 5? na pewno nie więcej niż 10, bo takie kwoty to już bardzo drogo, a nas nie stać na drogo). 

niedziela, 24 maja 2015

Najwięcej emocji, jak to zwykle, z wieczora.




Dzisiaj zwiedzamy. Nasz gospodarz nie wygląda wyraźnie, ale robi kawkę i włącza radio, podśpiewuje, zna każdą piosenkę. Idziemy do metra, po drodze Fabian na śniadanie kupuje sobie lody, ogląda wystawy sklepowe, jakby przechodził tędy pierwszy raz. Musimy jeszcze wejść do jakiegoś sklepu w stylu „wszystko za 5 euro” po pompkę do roweru i dętkę, bo rano zaciągnął Marcina do piwnicy, pokazał swój sprzęt, a że Marcin to dobry chłopak, to powiedział, że umie naprawić i to zrobi. Fabio zdobywa +10 do zaradności, zostawiając zakupy w szafce w Media Markt przy domu. Racja, nie ma co tego tachać. 

niedziela, 10 maja 2015

Pierwszy couchsurfing tej wycieczki.


Ktoś musiał robić zdjęcie - padło na Marcina. Marcin, tęsknię za Tobą na tym zdjęciu!


Bilety całodobowe kosztują 7,50. Wsiadamy w pociąg metra, który podjeżdża, ale nie obyci ze światem, nie wiemy, że to ostatni tego dnia przejazd i w połowie drogi zmienił się numer. Wracamy, więc. Marcin wziął ze sobą jakąś wódkę, więc prezent na wejście, wkupne do mieszkania, mamy. Przesiadamy się w autobus. Lądujemy na blokowisku, po którym kręcimy się dobre 40 minut. Żeby znaleźć numer pod którym mieszka Fabian okrążamy cały budynek. Drzwi otwiera gospodarz, a my – wiadomo, polska szarańcza, atakujemy duży pokój i każdy wyciąga swoje manele. Wyciągamy prezent, a on pokazuje, że ma w lodówce jeszcze dwie, w każdej po ćwiartce jeszcze, flaszki polskiego specjału. Właściwie, oprócz tego, w lodówce nie ma nic. Pijemy po 2-3 kieliszki. Pusto. Na balkonie palimy dżojnta, którego kupił Maciek. Fabian chciałby gdzieś wyjść, ale my, zmęczeni podróżą, wolimy zostać już tu, gdzie osiedliśmy. Przykro. Zostajemy, więc w tym pokoju, który jest bardzo ascetyczny, ale dużo mówi o właścicielu. Oprócz telewizora, jest też komputer i masa płyt CD poustawianych w wieże.